W tej zakładce zamieszczamy wspomnienia, ciekawostki, anegdoty i inne wydarzenia z życia, obecnie dorosłych wychowanków ognisk „Dziadka” Lisieckiego, którymi będą chcieli  z nami podzielić. A także przesłania, które jako poparte doświadczeniem życiowym  ich Autorów, mogą służyć za drogowskaz na przyszłe życie obecnej młodzieży ogniskowej.

Spis treści

  1. Przesłanie z Florydy (Stanley Różycki)
  2. Pomyśleć o przyszłości (Stanley Różycki)
  3. Złote myśli Zygmunta Gasiuka
  4. Historia Leszka Zatorskiego
  5. Świdry Wielkie i „Dziadek”
  6. Wieczór kawalerski Marka Małkowskiego
  7. Kończy się droga (Tadeusz Knyziak – pisane w dniach choroby i śmierci Marka Jasińskiego)

  1. Przesłanie z Florydy

Moi drodzy Koledzy i Koleżanki Ogniskowcy, także ci, którzy dzisiaj są jeszcze bardzo młodzi i przychodzą do któregoś z ognisk „Dziadka” Lisieckiego

Proszę mi wybaczyć mój polski język, ale po siedemdziesiąt kilku latach niemówienia często po Polsku dużo się zapomina. Jako młody chłopak ja pamiętam Dziadka mowy (kazania) i rozmowy z nim. Dziadek dal mnie odwagę żeby być zwycięzcą w życiu. Ja się nauczyłem ze sukces przychodzi tylko do tych którzy wierzą w swoje własne siły i są przygotowani do zwycięstwa nawet wtedy, gdy zwycięstwo wymaga maximum wysiłku. Ja się nauczyłem i zacząłem wierzyć, ze zwycięstwo w życiu przechodzi do tych którzy i są przygotowani i mają silna wolę dojść do wyznaczonego celu i zdają sobie sprawę z tego jaką ofiarę/cenę maja zapłacić za dotarcie do celu który sobie wyznaczyli.  Życie bez celu i woli osiągnięcia tego celu nie jest wiele warte.

Proszę Was pamiętajcie, że szczęście nie ma nic wspólnego ze zwycięstwem-osiągnięciem celu. Pamiętajcie moi koledzy, że zawsze wpierw przychodzi wysiłek i ciężka praca każdego dnia nie tylko jednego lub dwóch dni zanim zwycięstwo jest w waszych rękach. Wszystko co robicie w życiu , musi mieć cel tak jak Francuzi mówią  „avoir l’intention” czyli mieć zamiar i wolę na osiągniecia celu. Wszystko co robicie aby osiągnąć cel musi być poparte na logice a nie na emocjonalnych uczuciach. Wszystko co chcecie osiągnąć musi być oparte na realizacji tego, co jest prawdziwe ”oportunity” (sposobność, możliwe, realne do osiągnięcia) a co nie jest.  Bardzo ważne jest być wdzięcznym za to co osiągnęliście. Bądźcie pozytywni i nie patrzcie w przeszłość. Wczoraj już minęło jutro jest bardzo ważne.

Nie poddawajcie się chociaż osiągnięcie celu to ciężka praca i wymaga dużo wysiłku. Myślcie tylko o osiągnięciu celu. Wiara i odwaga to jest tylko to, czego potrzebujecie. Ja przyjechałem do Ameryki a trzema dolarami w kieszeni i dałem sobie rade skończyłem kilka uniwersytetów. Były dni, że chodziłem głodny ale zawsze miałem mój cel przed oczami.  Nie miejcie strachu, ja jestem pewien ze osiągniecie swój cel. Proszę pamiętać ze wasze wyksztalcenie- nauka/szkolą jest waszym najlepszym przyjacielem w budowaniu lepszego życia dla was i waszych przyszłych rodzin.  Pamiętajcie, ze dobra przyszłość należy do tych którzy maja determinację aby osiągnąć swoje cele.

  1. Nauka jest bardzo ważna i otworzy  wam, moi kochani koledzy wiele bram do lepszej przyszłości.
  2. Dorastaj i wychowuj się tak, aby stać się prawym, cnotliwym, sprawiedliwym i dobrym człowiekiem    
  3. Żyj w prawdzie
  4. Zawsze odróżniaj prawdę od kłamstwa i dostrzegaj światło, które cię otacza 
  5. Bądź zawsze odważny, wierny swoim zasadom i silny w ich stosowaniu
  6. w swoich myślach i sercu bądź zawsze młody
  7. obyś nigdy nie doświadczył strasznego czasu wojny i terroru

Niech Bóg ma was w swojej opiece. Cześć.

Stanisław Różycki,  Ogniska „Nowy Zjazd” i „Śródmieście, ul. Długa 13 (podczas okupacji), obecnie Jacksonville, Floryda, USA


2. Pomyśleć o przyszłości 

Drodzy Koledzy Ogniskowcy, tematem dzisiejszego listu jest:

Nigdy nie jest za wcześnie aby zacząć myśleć o własnej przyszłości i co zamierzasz studiować i jaki wybrać zawód.”

Gdy jesteśmy młodzi, np. mając 12 lat, to wydaje się nam, że trzeba długo czekać aby osiągnąć 21 lat. Myślimy wtedy, że my nigdy do tego wieku nie dojdziemy. Błąd. Problemem jest, że będąc młodymi prawie wcale nie myślimy na kilka-, czy kilkanaście lat do przodu.

  1. Gdy nasza młodość dojrzewa nagle poznajemy przedstawicielkę innej płci, jest ślub, rodzina i raptem okazuje się, że  nie mamy już czasu na własne wyksztalcenie, co byłoby dobrym zadatkiem dla przyszłości rodziny na dobrą przyszłość.
  2. Nagle wszystko się zmienia i odczuwamy dramatyczny brak czasu. Musimy podejmować ważne decyzje, rozwiązywać różne problemy,  a jednym z nich jest do jakiej szkoły powinienem był wstąpić? Jaki zawód mam sobie teraz wybrać? Czy będę zarabiał wystarczająco aby utrzymać rodzinę, etc
  3. Aby nie dać się temu zaskoczyć wróćmy do pkt. 1. i rozpocznijmy, planowanie przyszłości. Planowanie musi się zacząć tak wcześnie jak jest to możliwe. A możliwe jest już wtedy gdy zaczynami naszą naukę. A wtedy najważniejsze to: –  Stopnie na najwyższym szczeblu. – Ucieczka od nałogów, które uszkadzają  mózg i tym samym – umiejętność przyswajania nauki.
  4. Mając to szczęście, że trafiliście do Ogniska wiedzcie, że Ognisko jest waszym przyjacielem i może wam pomoc w wyborze szkół i zawodu. Nasza przyszłość nie jest wykuta w kamieniu, możemy robić zmiany, możemy sami ją dla siebie tworzyć. Nasza podróż przez życie może być dużo przyjemniejsza jeżeli wcześniej przygotujemy się na spotkanie naszej „przyszłości”. Do tego potrzebne są marzenia.   Ale marzenia same w sobie nie działają, chyba że pracujesz żeby je zrealizować. Wierz w to o czym marzysz.

 5. Budowanie przyszłości

 Moi Drodzy bracia Ogniskowcy czy jesteście gotowi aby przyjąć wyzwanie do budowania swojej przyszłość? Jedynym ograniczeniem jesteście tylko WY sami i WASZ wysiłek. Leniwi, rzadko kiedy są zadowoleni z życia i zawsze winią innych za ich „nieszczęścia.” Pozwólcie mnie powtórzyć:  trzymajcie się z daleka od tych którzy maja niezdrowe nałogi. Towarzystwo takich ludzi sprowadzi tylko na was nieszczęście. Stwarza trudne, nieprzyjemnie przykre sytuacje które budzą lęk i powodują ciężkie komplikacje w normalnym biegu życia. Często takie zgubne nałogi rozbijają rodziny i prowadzą do samobójstw.

Aby być bardziej skuteczny unikaj/ wyeliminuj te 6 punktów:

  1. Ne zamykaj się w sobie, nie miej złych przyzwyczajeń. To nie poprawi ci życia
  2. Unikaj złych rzeczy/złych nałogów
  3. Nie jesteśmy gdzie powinniśmy być. Szukaj właściwego towarzystwa, które pociągnie ciebie w górę. Tych, którzy ciągną cię do złego – unikaj.

4. Aprobujemy dobrowolnie wszystkie głupstwa w imię lenistwa, wygody, komfortu a nie logiki. Wkładajmy trochę wysiłku aby takie zachowania pokonywać.

5. Wiemy, że niektóre rzeczy są szkodliwe na przykład alkohol i drugs ale niektórzy niezbyt mądrzy ludzie używają je. Jeżeli je używasz ocknij się i zakończ zabójczy nałóg zanim będzie za późno. Należy wyeliminować używanie tej trucizny dzisiaj nie jutro, i za wszelką cenę, zanim zrobisz sobie nieodwracalną szkodę – wtedy to będzie już za późno i zostanie ci tylko ból, łzy i narzekanie.

6.Wykonuj swoje zobowiązania. „Dziadek” Lisiecki mówił: nie rób z gęby cholewy. Zobowiązałeś się do czegoś, ale potem zapominasz bo zaczęło to wymagać trochę więcej wysiłku. Należy pamiętać, dlaczego zacząłeś ten projekt a następnie go realizuj. Bo im więcej się zastanawiasz, wątpisz, tym dłużej zajmie ci osiągnięcie żądanego rezultatu. Lub co gorsze – nigdy nie zaznasz rozkoszy zwycięstwa. Bądź zwycięzcą a nie przegranym.

Na pewno znacie to powiedzenie, „Oh, to może czekać . Zrobię to jutro!” Ale jutro zmienia się na pojutrze i tak dalej. Przenoszenie „na później” zaplanowanych zadań  nigdy nie przynosi pozytywnych rezultatów. Także tłumaczenie, że „nie było innego wyjścia” jest okłamywaniem samego siebie. Zawsze masz wybór we wszystkim, co robisz. Z kilkoma wyjątkami; naprawdę nikt Ci nie wkłada ręki do ognia. To przyjmujesz dobrowolnie. Jeśli godzisz się przebywać w złym miejscu lub w złym towarzystwie to sam czynisz z siebie przyszłą ofiarę tych złych zachowań.  Trzeba być naprawdę ofiara losu aby pozwolić nałogowi żeby nam skrócił życie, i w wielu wypadkach zostawił dzieci sierotami a żonę wdową.

Stansław Różycki

Jacksonville, styczeń 2017 r.


3. Złote myśli Zygmunta Gasiuka
Dłoń z dłonią wiąż, Przez życie dąż,
Pełen nadziei, ochoty,
Swym czynem świeć, Jak orzeł leć
W świat prawdy, piękna i cnoty.

Gdy spojrzysz w niebo, miej zawsze na względzie.
Że myśl wśród wielkości i wieczności siędzie,
A kiedy zejdziesz myślami na Ziemię,
Zobaczysz ludzkie, zatroskanie plemię.

Musimy się wciąż uczyć wzajemnie miłować,
By w złych czasach końca swe dusze zachować.
Bo nienawiść bliźniego pochodzi od złego,
Widzimy jak zły czas dyszy od pośpiechu,
Wnet spiętrzone problemy pozbawią go dechu.

Słodkich doznań!
Wzniosłych marzeń!
I radosnych wyobrażeń!                                                                           

Co najskuteczniej wszelką dolegliwość leczy?
Świadomość rzeczy!
Poznanie + doświadczenie = powoduje zrozumienie!
Pogryzienie + zmiękczenie = zapewnia dobre trawienie!

Smacznego Szanowny Kolego!

Zygmunt Gasiuk, Ogniska: Nowy Zjazd 9 (od r. 1936),  ul. Długa 13 (lata okupacji) i Środkowa 9 (do 1947 r.)


4. Historia Leszka Zatorskiego

Opowiem krótką historię Leszka Z. mojego, przyjaciela z „ogniskowej ferajny”.

Dzięki jednemu z wychowawców w ognisku „Dziadka” Lisieckiego, do którego chodził Leszek, w roku 1971 znalazł on pierwszą pracę jako goniec w redakcji Dziennika Telewizyjnego na Placu Powstańców w Warszawie. I tu zaczyna się jego, niezbyt długa przygoda pracy w Telewizji Polskiej.

Leszek, nieco infantylny, młody człowiek, ponadto przeżywający niezbyt szczęśliwe  dzieciństwo, znalazł się nagle w innym środowisku. Szybko stał się ulubieńcem dziennikarzy i innych pracowników telewizyjnych. Szybko też awansował na coraz wyższe stanowiska. Między innymi pełnił bardzo odpowiedzialną funkcję – kręcenie korbą taśmy z przesuwającym się tekstem dla, występującego na żywo, lektora. Dzisiaj to urządzenie nazywa się prompter i jego prędkość przesuwania regulowana jest automatycznie. Ale wtedy było to zajęcie bardzo odpowiedzialne ale też i mocno stresujące.

Do pozytywnych cech ustroju należy zaliczyć fakt, że dbano wtedy o młodzież. Leszek został zobowiązany przez zakład pracy do ukończenia szkoły średniej i zdania matury. Miał wiele ułatwień, aby kontynuować naukę systemem wieczorowym; skrócony czas pracy, wcześniejsze wyjścia na zajęcia oraz otrzymywał dodatkowe urlopy tzw. szkoleniowe.

Leszek zapuścił sobie, modne wtedy, długie włosy. Miał puszystą czuprynę i z tyłu wyglądał jak dziewczyna. Pewnego dnia miał pilne zajęcie przy układaniu zestawów tekstów do wiadomości przygotowywanych na bieżący dzień. Siedział w sekretariacie szefa programu I TVP redaktora Stanisława Cześnina przy biurku, odwrócony bokiem i nieco tyłem do drzwi wejściowych.

W pewnym momencie otworzyły się drzwi i ktoś wszedł, mówiąc „dzień dobry”. Zajęty pracą Leszek nie wiedział, kto wszedł i na usłyszane słowa, nie odrywając się od pracy, wyciągnął w młodzieżowym stylu rękę do tyłu z gestem powitania. W tym momencie jego ręka została pochwycona do góry i pocałowana. Siedząca naprzeciwko wejścia  sekretarka krzyknęła „Panie prezesie, to chłopak”. Ale było już za późno. Rękę Leszka ucałował Prezes Telewizji – Włodzimierz Sokorski. Skonfundowany, szybko zniknął w gabinecie redaktora Cześnina.

O Włodzimierzu Sokorskim krążyły wtedy legendy. W czasie dosyć długiego prezesowania Sokorski zmienił cztery żony, nie licząc wielu nieformalnych „incydentów”. W tym ujęciu gest prezesa był zrozumiały. Również Leszek stał się z tego powodu znaną postacią w telewizji, bo gdzie się pojawił, trącano się porozumiewawczo i mówiono „to ten, którego pocałował Prezes w rękę”. Pewnego dnia Leszek szedł ze swoim ogniskowym kolegą ulicą Nowy Świat i akurat mijał ich redaktor Kozera również znany wtedy prezenter telewizyjny. Kozera zamachał ręką z pozdrowieniem i powiedział – „Serwus Leszek”. Kolega zamarł ze zdumienia. Nie mogło mu się pomieścić w głowie, że Leszka pozdrowił ktoś znany z telewizji. I to nie Leszek jego, lecz odwrotnie.

Incydent z prezesem Sokorskim nie zaważył na karierze Leszka. Po odbyciu służby wojskowej powrócił do pracy w telewizji i szybko awansował na stanowisko kierownika produkcji w redakcji Dziennika Telewizyjnego. Któregoś dnia cały zespół redakcyjny w salce projekcyjnej przeglądał materiały filmowe, z których trzeba było wybrać aktualności do wieczornego Dziennika. Na ekranie pojawił się Leonid Breżniew obwieszony medalami po obydwu stronach munduru. W tym momencie Leszek, ciągle infantylny i „na luzie” skomentował ten obraz słowami: „przecież on może sam sobie te medale nadawać”. Wszystkie oczy obecnych obróciły się w stronę Leszka i nie były to już przyjazne spojrzenia.

Po trzech dniach Redaktor Cześnin wręczył Leszkowi dokument stwierdzający, że od tego dnia zostaje przeniesiony do Archiwum na stanowisko pracownika fizycznego. W tym czasie Leszek oczekiwał na paszport na wyjazd do Szwecji, więc to pismo go specjalnie nie dotknęło. Zainspirowało go jednak do układania swojej drogi życiowej w inny sposób.

Po otrzymaniu paszportu wyjechał za granicę i powrócił  dopiero po piętnastu latach. Zgłosił się wtedy do Telewizji z prośbą o świadectwo pracy. Świadectwo otrzymał, jednak stwierdzono w nim, że pracował na stanowisku „robotnik gospodarczy przy pracy ciężkiej”. O pracy na stanowisku kierownika produkcji już nie wspomniano.


5. Świdry Wielkie  i „Dziadek”

Kazimierz Lisiecki „Dziadek” zmarł w grudniu 1976 roku, ale do dzisiaj w kręgach pedagogicznych i nauczycielskich jego nazwisko wymawia się z pełnym szacunkiem.  Ale nie tylko tam. O poważaniu, i mirze, jakim cieszył się „Dziadek” Lisiecki, krążą legendy. Opowiem jedną z takich historii, która wydarzyła mi się w roku 1978 w Świdrze, obecnie dzielnicy Otwocka, na tzw. Kresach.

Kuzynka żony wyszła za mąż za Konrada Z., który pochodził z Karczewa i miał jeszcze dwóch braci. Jeden z nich – Witek, mieszkał w Świdrze i namówił nas, abyśmy wybrali się na nocny dancing do, znajdującej się blisko jego domu, restauracji „Ambasadorskiej”. Bawimy się w tym lokalu, sala wyglądała trochę jak tramwaj, nasz sześcioosobowy stół znajdował się w szeregu identycznych, przedzielonych ściankami „kącików”, wzdłuż których biegło przejście i, po przeciwnej stronie  ̶ drugi podobny szpaler. Przejście zakończone było żółtą zasłoną, za którą znikali i co jakiś czas wychodzili jacyś faceci o niezbyt ciekawych facjatach.

Witek  poinformował nas, że była to  banda  Bolka  S., największego chojraka  (dzisiaj można by powiedzieć – mafioza) w tej okolicy i lepiej mu było w drogę nie wchodzić. Wymienił jeszcze kilka innych ksywek przechodzących obok kumpli Bolka, jak, m.in. Laufra i Szaszłyka. Osoby te budziły w nim wyraźny respekt. Tymczasem bawiliśmy się w swoim gronie i nic szczególnego się nie działo, tylko alkohol podnosił mi samopoczucie. Było wesoło i na luzie. W pewnym momencie, w drodze powrotnej z toalety, na chwilę zatrzymałem się przy barze. Przyjrzałem się siedzącemu tam facetowi. Był to jeden z adiutantów Bolka  ̶  Szaszłyk. Miał garbaty nos i twarz jego wydawała mi się znajoma. Podszedłem i mówię:
̶  Cześć, chyba znam ciebie z Ogniska!
Zgadza się, kilkanaście lat temu chodził do ogniska w Świdrze. Trochę sobie pogadaliśmy i powróciłem do swojego towarzystwa. Około godziny drugiej w nocy wybuchła jakaś szaleńcza draka. Bolek i jego banda rozprawiają się z jakąś wrogą grupą z Otwocka. Szaszłyk przybiega z rozkrwawionym nosem i z rozdartymi spodniami. Bolek za kimś pogonił. Nasze małżonki domagają się, abyśmy natychmiast opuścili zabawę. Regulujemy rachunek i wychodzimy. Idę pierwszy wąską alejką prowadzącą do ulicy. W tym momencie
z naprzeciwka pojawia się Bolek. Facet aż kipi ze złości i patrzy, komu by tu jeszcze dowalić. Jestem lekko „wypity”, poza tym pochodzę z Pragi i żaden Bolek mi tu nie podskoczy. Tak właśnie sobie myślę i idę prosto na niego, a on na mnie. Gdy między nami odległość zmniejszyła się do 1,5 metra, słyszę z tyłu przerażony głos Witka:
̶  On (czyli Bolek) go (czyli mnie) zabije!
Robię jeszcze jeden krok do przodu, patrzę prosto w oczy Bolka, wyciągam rękę z palcem w jego kierunku i mówię z wyrzutem:
̶  Nie byłeś na pogrzebie Dziadka !
Bolek wznosi obie ręce do góry, z tyłu słyszę przerażony krzyk Witka:
̶  Jezuuuu!
A Bolek zarzuca mi swoje ręce na szyję, ściąga mnie na stojącą obok ławkę
i zaczyna płakać mi w pierś:
̶  Nie mogłem, siedziałem!

Witek i reszta grupy odchodzą dalej „na paluszkach”, a ja jeszcze przez chwilę siedzę sobie razem z Bolkiem na ławeczce. Witek pochodził z Karczewa i nie był „ogniskowcem”. Przez lata nie mógł zrozumieć, jak ja, nieznany tu facet, potrafiłem jednym słowem zneutralizować największego żula w okolicy. A przecież to nie ja tego dokonałem. Dokonał tego „Dziadek” Lisiecki.

Fragment książki: B.Homicki, „”Ciekawe” życie w PRL-u i … co dalej?”


6. Wieczór kawalerski Marka Małkowskiego

Przeglądając książkę „Ciekawe” życie w PRL-u” czytelnik może odnieść wrażenie, że w Polsce w czasach „komuny” panował reżim i zamordyzm kontrolowany we wszelkich przejawach życia, nawet prywatnego a w krajach zachodnich, np. w USA panowała (i panuje) pełna swoboda i wolność. Aby nieco osłabić ten obraz przytoczę historyjkę, w której uczestniczyłem wiele lat po upadku „komuny” w Polsce a przydarzyła się ta historyjka w roku 2000 właśnie w kraju nieograniczonej (?) wolności czyli w USA.

Otóż podczas jednego z moich licznych pobytów w USA mój ogniskowy przyjaciel Marek Małkowski akurat szykował się do ślubu z, także Polką – Małgosią K. Na tydzień przed ślubem, tamtejszym zwyczajem, miał się odbyć wieczór kawalerski. Marek wymyślił, że wieczór ten spędzimy na terenach kempingowych gdzieś w okolicach Chicago. Około 8-ej wieczorem wyruszyliśmy w siedem samochodów i jedziemy wzdłuż jeziora Michigan. Ale żadnego stosownego kempingu tam nie znaleźliśmy.

W ten sposób dotarliśmy do stanu Wisconsin, gdzie wreszcie znaleźliśmy camping położony w gęstej zieleni z wydzielonymi, otoczonymi dodatkowo krzakami, punktami kempingowymi dla poszczególnych, odrębnych grup uczestników, chcących tam spędzić wieczór i noc. Tymczasem zrobiła się już późna pora, bo dobrze już było po 22-ej. W ciągu kilku minut namioty zostały rozbite, ognisko rozpalone, kiełbaski, szaszłyki i mięso już się grilluje. Sięgamy więc po piwko i, polskim zwyczajem, rozpoczynamy śpiewy.

Nie minęło dziesięć minut gdy zjawił się policjant kampingowy w wielkim, brązowo zielonkawym kapeluszu. Wrzasnął – Co to za hałasy! Błysnął latarką i od razu skierował ją na nasze turystyczne lodówki. Otworzył pierwszą z brzegu i znowu wrzasnął: Co, piwo tu macie!!! My jesteśmy w nastroju radości i luzu a tu sprawa staje się nagle poważna. Pan policjant deklamuje nam jakąś formułkę prawną i oświadcza, że nakłada na nas 1.500 dolarów kary za zakłócanie spokoju i picie alkoholu.

Negocjacje Marka i kolegów dały tyle, że kary nie zapłaciliśmy ale w ciągu pięciu minut musieliśmy zlikwidować obozowisko i wynieść się z terenu campingu. Resztę wieczoru-nocy spędziliśmy w samochodach bo głupio było wracać z kawalerskiego wieczoru do domów bladym świtem. Ten „wieczór kawalerski” zapamiętałem jako najdziwniejszą i najbardziej nieudaną ale dlatego godną wspomnienia – przygodę.

Inny, wart zapamiętania morał z tej przygody jest taki, że USA, które jest uznawane i samo też się tak określa jako kraj ludzi wolnych, jednocześnie nakłada na swoich obywateli wiele barier i ograniczeń w ramach tej wolności. Owszem, obywatel jest wolny. Może, ale zarazem nie może, robić co chce i gdzie chce. Obywatel w swoim postępowaniu musi także uwzględniać wolność innych obywateli na przykład do spokoju lub niezakłóconego snu w porze nocnej itd. A więc polskie „róbta co chceta” tam nie przechodzi.


7. KOŃCZY SIĘ DROGA

*
dzień się zatrzymał
nad rzeką której nie ma
chłodzą się gwiazdy

*
ocean liści
drzewa rodzą bursztyny
w parkach witraże

*
w jesiennym lustrze
czyjeś oczy deszczowe
uciekam wzrokiem

*
krwawią gałęzie
księżyc szarpie się z drzewem
milczy sumienie

*
wieczorna jazda
na światłach przemijania
kończy się droga

Tadeusz Knyziak „Coobus”  (październik 2017)