2. Kazik w Niebie

W grudniu minęła czterdziesta rocznica śmierci Kazimierza Lisieckiego a wczoraj (7.01.2017) piętnasta rocznica śmierci mojej żony Wandy. Esej Marka Jasińskiego, napisany w Kaliforni w roku 2007 przypomina te dwie postaci.

Kazik w Niebie

Nie ma tu tytułów a Człowiek tak jakoś dobrze i młodo się czuje. I nic mnie nie strzyka. Brama. Walę w tę bramę. Kto tam? Kto tam? Kto tak wali w te drzwi?

– To ja, Kazik stoję i walę! Śpita czy co?

– Uważaj się mały! To Brama Niebieska!

– Z Szefem chciałem, a ty jak się nazywasz?

– Starszy Aniołowy, a bo co?

– Grzej do Biura i powiedz, że ja wchodzę. Na stałe.

– Zaraz, zaraz. Kazik czy to Ty, Lisiecki? Zmieniłeś się bracie. Siwiutki jak gołąbek. Co to, padało za bramą? Co Cię tak przygięło? Przecież na Ziemi byłeś, coś Ty tam robił?

– Nie udawaj głupiego. Spieszy mi się, prowadź w salony!

– Chwileczkę, zawołam ochroniarzy, sprawdzą Cię najpierw coś Ty za jeden. Co tam masz?

– Nic, butelka po mleku!

– No ale pełna. Co tam jest?

– Nic takiego. Gorzkie dzieciaków łzy. Widzisz Aniołku, po bilet do Nieba to ja robiłem już na Ziemi. Rozdawałem mleko a zbierałem łzy; smutne, gorzkie, radosne, ciche, żałosne, piskliwe – ledwo byś usłyszał, że tam dziecko chlipie. Łzy rozpaczy i tęsknoty. Jak tego latarnika, co patrzył w morze a czekał na mamę. Łzy wiecznego smutku. Łzy nadziei, która we wszystkich drzemie. Tak łapałem każdą łezkę jak deszczówkę na wczasach.

– A po co Ci to? Tu wszyscy Cię znają!

– Tak, wiem. Ale ciężko jest dopchać się do Pana. Zobacz ilu tu lewych stoi. Ze szklanym sercem, bez sumienia ale pod krawatem.

Żachnął się jeden: zamknij mordę!

– No uważaj się mały! W Niebie i takie słowa! Cofną cię z tej kolejki. Całe życie udawałeś emeryta, ślepy na ludzką krzywdę!

– Oj Kaziu, całe życie kombinujesz!

– Tak, i tu też się nie zmienię! Widzisz, te łezki to jak woda święcona w kościele. Nie wstydziłem się, całą łapę pchałem. Miałem krzyż na czole, ustach i sercu. Tym krzyżem goniłem Diabła-Bankiera. Innym też chciałem to robić. Ale nie dali, bo nylonowe białe koszule im pomoczę. A teraz będę chlapał. Na prawo i lewo. Zobacz jak się kurczą, czmychają. To działa. I Twardowski też nie dał rady. A butelka ciągle pełna. Jak ten bibiljny kosz z rybami – nic nie ubywa.

– Co Ci się tak spieszy do Dyrekcji? Chodź, obejrzyj trochę. Zobacz gdzie jesteś!

– Znam, znam. Czuję się tu jak u siebie. Niebo. Aniołki. Alleluja. Rap na pełną nutę. Ja chcę do Pana! Żebrać będę! Tak jak na Ziemi; o grosz, o rybę, o wodę, o ludzki odruch. Nie dla mnie – dla dzieci! Ja jestem nażarty nadzieją, że uda mi się dalej to ciągnąć i dokończyć. Zbudować kawałek szczęścia dla tych zapłakanych. Czasami w dniu pełnym ciepłego słońca, gdy oni w chłodnym cieniu- Psiakrew! Chlap Kaziu! Rób drogę, szybciej będzie nam się szło!

– Hej Ty Starszy! Jak poznasz w takim tłumie komu tę bramę otworzyć można?

– Rozumiesz Kaziu, u nas już dawno mamy elektronikę, sensorki, Hi-Tech aparaturę. Każdy ma tu swój dzienniczek. Jak w szkole. Zrobisz dobrze – jest piątka. Proste, nie!? Dużo łapie dwóje, a w domu ojciec patrzy – same piątki! Lizus, kujon czy kanciarz? Myślisz, że ktoś prawdę powie? A zresztą mamy kamerki. A tak między nami, to na nosa czuję drania!

– A kto to ten z lewej? Ten łysy?

– No tak. Ten to wyjątkowy model. Wyrwał se piórka bo na grzebień żałował. Mieszka już w Piekle. Znajomi z partery już sobie z niego grilla robią. A baba go leje co piątek parasolką, żałował jej na rajstopy elastyczne (a propos żarła ruskie jak wściekła.

– A ten co za panisko?

– Ten pękaty?

– No tak!

-E tam, żadne panisko! Przebrany pajac. Futro na nim z lisa, buty ze świńskiej skóry. Czapa wielka, ruska. Serce z kamienia. Portfel nowoczesny, z plastiku. Mogą przed nim płakać wszystkie dzieci – a moneta nie zmięknie. Nie wyjdzie – bo burza na dworze leje.   Kaziu, Ty tutaj o nic się nie martw. Nawet nie musisz się modlić. Twoja praca na Ziemi to była jedna wielka modlitwa. Leżałeś krzyżem pod Ołtarzem Nędzy i Ludzkiego Upokorzenia. Chlapnij tą łezką, a każdy zamek tu otworzysz!       Zwolnij Kaziu! Już prawie jesteśmy w Jego ramionach. Hej ty, mleczarzu, przestań już kropić! Przecież chciałeś ze mną gadać. Chlapniesz niechcący i ja też się zerwę.   W tej naszej sprawie trochę i mojej winy. Ale odchodząc – prosiłem aby uważać tylko na dziesięć przykazań a każdy do mnie trafi. Powiedz Kaziu coś wesołego. Skąd ja wiem, że życiorys miałeś smutny? Ha, ha, ha! Siadaj, znam twoją sprawę. Będziemy suszyć te gorzkie łzy śmiechem, nadzieją, obietnicami, otwartym oknem i przeciągiem, wiatrem gorącej pustyni, chusteczką jak prześcieradło.                      No co ja ci mogę poradzić? Myślisz, że ja sam nie żebrałem w Jerozolimie? Po co mi było ten Krzyż Pański dźwigać? Wystarczyłby krzyżyk, kolczyk w uchu.         Te gwoździe! Oj jak bolało! A dzisiaj co drugi ma skórę dziurawą. Hartują się bo wiedzą, że nadchodzą ciężkie czasy – Sąd Ostateczny!  Nie musisz odpowiadać. Wiem, wiem! Sam, sierota, głodny i zawsze było zimno. Paliłeś, a ono zawsze namawiali żebyś rzucił te carmeny. A ty z przyzwyczajenia, paliłeś długo, żeby łapki pogrzać. Trudno zapomnieć te smutne ale i radosne chwile. Siadaj! Nie przejmuj się! Jesteś już w domu!

– No tak, ale dzieci tam! Nie mogę tak siedzieć bezczynnie! Coś muszę robić!

– Makarenę zacznij się uczyć! Zobaczysz jak się zaplączesz we własnej choreografii. Nie rozplączesz się nigdy. Tak, jak z własnej pasji.

– Przyszedłem żebrać a widzę, że ty goły! I ta korona z cierni. Czy ją kiedyś zdejmiesz?

– Próbowałem, kto wie?  A ty nie goły, Kaziu? Całe życie jeden sweterek i skórki na łokciu z głodnej szynszyli.

– Marzniesz trochę. Jedna szmata i korona z cierni. Co Cię grzeje? Ludzkie dobre uczynki?

– Są dni kiedy marznę ale grypa mnie nie bierze. Idź Kaziu! Pochodź sobie, może kogoś spotkasz. Ja już dużo więcej zrobić nie mogę, przecież dałem ludziom wolną wolę. Od nich samych wszystko zależy.

– Co tu chodzić. Martwię się co tam w ogniskach! Tyle spraw niedokończonych. Turysta bez walizy! Ale pocieszam się, że z bagażem, który tu się liczy.

– Kazik, Kazik!

– O masz! Kto tu idzie? Co to, Wandziu, Boguś cię na urlop wysłał? Chodźmy do tej kawiarni „Pod chmurką”. Dwie kawy proszę, dla mnie gorzka! Opowiadaj proszę! Jak tam Boguś? Dziadkuje, szarpie się Chłop! Wiem, że dom dla mnie stawia, za morza lata i zbiera na cegły. Trochę za późno.  A ile wnuczków mu pomaga? Zejdę na dół jak dach podciągnie.

– Słuchaj Kaziu-Dziadku, nie ma co dźwigać tej butelki ani suszyć tych łezek! Przechyl tę butlę do góry nogami jak wypchaną skarpetę! Wylej na Ziemię! Zobaczysz jak ludziska zmiękną. Że paru parasol zdąży otworzyć? Pal ich sześć!

– Dobry pomysł, nie pomyślałem! Boguś wiedział co robi! Gdzie Diabeł nie może…

Tak, fantazja jest moja a wasza będzie rzeczywistość. Fakty są autentyczne. Ten ostatni, bolesny, przysłał Bogdan, właściciel miłości Wandy. Jest Biblia, jest Niebo, które każdy może stworzyć dla dziecka. Każdy kto zna dorobek i charakter Dziadka Kazimierza Lisieckiego uwierzy w autentyczność tej rozmowy. Niektóre, podobne charaktery można spotkać na co dzień w życiu.  Na co namawiam tym krótkim esejem: pić mleko, zbierać butelki a do nich – prawdziwe brylanty – łzy szczęśliwego dziecka. Niewiernych odsyłam do Nieba lub na niski parter, tam znajomi robią grilla.  Humorem próbuję zatuszować straszną i ciągłą tragedię dzieci. Gdziekolwiek je spotkasz rzuć kawałek serca, które jak kompas wyprowadzi je z okrutnych krzyżackich lochów samotności.

Marek Jasiński, Kalifornia, 7.I.2002 r.

——————————————————————–

3. Osobowość

[…]

Może to było aktorstwo, może trochę naśladownictwo ukochanego Marszałka Piłsudskiego, a może wzory wyniesione z harcerstwa. W każdym razie,,Dziadek” potrafił, tylko on zresztą, w kilka sekund zapanować nad rozkrzyczanym tłumem chłopaków. Jego głos elektryzował i paraliżował, a wzrok przenikał na wylot. Był jednakowy dla wszystkich dzieci, dla własnych też – bez wyróżniania, bez pupilków.

Dziwne, ale gdy się poszło „na dywanik”, tj. na rozmowę z ,,Dziadkiem” w cztery oczy, gdy zbeształ i zrugał delikwenta, a na koniec rozmowy odbyła się honorowa umowa przypieczętowana uściskiem rąk i buziakiem, to wychodził człowiek jakiś dziwnie szczęśliwy, chociaż powinien czuć się pognębiony i upokorzony. Baliśmy się go bojaźnią ucznia, który coś zbroił i boi się, żeby się nie wydało, a jednocześnie kochaliśmy go i uwielbialiśmy z absolutnym oddaniem. Bo on był nasz. Jak dziadek – raz pochwalił, raz skarcił – po to, by pokazać, co nam wolno, a jakich zachowań nie należy tolerować. Nasze dziecięce serca czuły w każdym jego słowie i zachowaniu troskę o nasze zdrowie, o postępy w nauce, o nasze życie.

[…]