Dom niespokojnej starości

Tadeusz Knyziak – Symbole komuny… i Dom niespokojnej starości

Takim symbolem jest cała powojenna Warszawa. Jestem nim i ja, który razem z nią dorastałem. Jesteśmy do zaorania – Mariensztat, Trasa WZ, Muranów, MDM. Nie da się? Da się. Hetman Polny szykuje się do wypowiedzenia wojny Rosji i Niemcom… przepraszam za ten czarny humor.

A ta moja komuna z tamtych lat? Jasna i przejrzysta. Rodzice zamieszkali w piwnicy, gęstej od węglowego pyłu, w tzw. suterynie. Stalowa 4. Małe okienko na wysokości ludzkich stóp i tyle widziałem. Tam się urodziłem. Po kilku latach zamieszkaliśmy w sąsiednim warsztacie szewskim po moim dziadku –okno wystawowe z wyjściem na ulicę. Stalowa 5. 17 metrów, w których dorastałem, który opuściłem już jako człowiek dorosły, w którym urodził się mój syn. Zabrałem stamtąd w dalszą drogę tylko jedną relikwię – dystans do życia. W kącie zlew. Mała kuchenka na węgiel. Toaleta na początku w piwnicy domu, po latach dostaliśmy dostęp do wspólnego korytarza i wspólnej toalety tuż przy lokalu. W zimę kwiaty na szybach, jakie zasadzał nam mróz, wewnątrz 10 stopni. A komuna? Znałem jednego partyjnego, jednego milicjanta i jednego strażnika więziennego. I biegałem po sąsiednich domach, obserwując, jak przywraca się je do stanu używalności, remontując ściany, wstawiając schody, często jeszcze bez poręczy. Wszędzie cegły, i kurz. Ludzie sprowadzali się, gdzie tylko się dało.

Ten milicjant…to dzielnicowy. Chodził po wszystkich mieszkaniach, wszystkich znał. My też znaliśmy wszystkie rodziny i mieszkania w zasięgu całej ulicy, tak się wtedy żyło. Przychodził, odpinał pasek pod brodą, zdejmował czapkę, pytał, co słychać. Jak syn się uczy, czy ma w szkole problemy. A córka, czy mąż ją bije, czy ma pracę? Zapisywał. Pomagał. Od tego był. Wypijał herbatę, czasem zjadł zupę, wytarł spocone czoło i szedł dalej. Do tej dzielnicy jeszcze dziś ludzie boją się zaglądać. Potrzebny był tam wtedy bardzo.

Ten partyjny… Sekretarz z FSO, niskiego szczebla. Wspaniały konstruktor i inżynier, zawsze z rulonem papieru pod pachą. Zamieszkał w lokalu sklepowym przez ścianę. Też kilkanaście metrów kwadratowych. To było tuż po 1956 roku, jeszcze go nie kojarzyłem z Leszkiem Goździkiem i ze wspaniałym zrywem warszawskim robotników, którzy stanęli murem na Placu Defilad i przegonili ruskich (i Chruszczowa z lotniska, tuż po przylocie). Ten kibelek na korytarzu dzieliliśmy razem. Pomagał, interesował się, namówił mnie na technikum fototechniczne, bo miał w Łodzi znajomości w Szkole Filmowej, chciał mi tam otworzyć drzwi. Po jakimś czasie dostał mieszkanie. Współtowarzysz praskiej biedy.

Ten mundurowy… Strażnik więzienia kobiecego na Namysłowskiej. Tzw. Toledo, ojciec kolegów. Przyszedł wezwany do szkoły, w czasie lekcji (bo udało mu się wyrwać z pracy) wziął chłopaka na korytarz i wojskowym pasem złoił mu tyłek. Potem go wprowadził i przeprosił, powiedział, że synowie nie mają matki, muszą wyrosnąć na ludzi i on tego dopilnuje. Truchleliśmy w szkolnych ławkach słuchając.

Taki to był ten mój świat komuchów. Rano mężczyźni brali do teczek kanapki zawinięte w papier i zasuwali do fabryk i urzędów. Gdy wracali, skrzykiwali dzieci z podwórek i siadali z rodziną nad talerzem zupy. Bardzo powoli opadał powojenny kurz. Ale życie wracało.

I cieszyliśmy się z reinkarnacji naszego miasta, które wstawało z wojennego popiołu, Cały naród budował swoją stolicę. No właśnie, tyle miejsc dziś do zaorania. Pałac, cmentarze, pomniki… Ciekaw jestem, z jakiej strony znają Warszawę ci, którzy chcą nam ją zabrać. Czy tu się urodzili, czy rośli tu wraz z tymi murami? Pałac Kultury, to przez lata moje muzea, teatry, basen, targi książki… wiele wspomnień. Jeszcze kilka lat temu prowadzałem trójkę moich wnuków do Pałacu Młodzieży i byli szczęśliwi, że tu akurat mogą się realizować na zajęciach plastycznych i informatycznych. A Ty Asiu   zapewne wspominasz, jak śpiewałaś w Gawędzie…

Mam zdjęcie (nie udało mi się go w tej chwili odnaleźć) na którym jako małolat idę razem z mamą – wiecie gdzie? Właśnie uruchomiono ruchome schody na trasie WZ. Idziemy tam świętować z innymi komuchami, takimi jak ja. Cieszyliśmy się każdym takim wydarzeniem, bo to było i jest nasze miasto. A dziś ten symbol, razem z całą Starówką, też jest do zaorania.

***

Dopisek bieżący (listopad 2020)

W czasach, które opisałem wyżej  miałem jeszcze jeden dom, którego pominięcie w tej sentymentalnej wyliczance byłoby dużym błędem, błędem nie do wybaczenia. To Ognisko na Środkowej 9, założone i kierowane przez Dziadka Lisieckiego. Tam mogłem realizować to, co dla zwykłego dzieciaka, spędzającego czas na ulicy, wydawało się nieosiągalne. Gry, boisko, zabawy, biblioteka, instrumenty muzyczne, codzienne posiłki, letni wypoczynek pod namiotem, ale przede wszystkim rodzinna atmosfera – to zaoferowano tym, którzy chcieli do ogniskowej wspólnoty przynależeć. Zapewniam, że chcieliśmy – ja i wszystkie praskie biedne dzieciaki, które po raz pierwszy przekroczyły drzwi starego drewnianego domku. Razem z naszymi wychowawcami staraliśmy się tworzyć tę wspólnotę. A jeśli już chcieliśmy, warunkiem było żeby nie tylko brać, ale i dawać. Co tydzień braliśmy na siebie wybrany odcinek wzajemnych obowiązków. Ten wkład pracy uczył nas prawdziwego życia i tworzył szansę lepszej przyszłości. Dziadek był niepowtarzalnym pedagogiem i wielkim autorytetem. Baliśmy się go, szanowaliśmy, ale też kochaliśmy. Uczył nas honoru, stworzył coś na wzór dekalogu, którego prawdy powtarzaliśmy jak mantrę (i powtarzamy do dziś). W każdej z reguł mottem był honor. Myślę, że jego nauki nie poszły na marne. To on i grono intendentów oraz wychowawców, zapewnili nam ciekawe, mądre i owocne dzieciństwo. Między nimi “Ciocia” – Maria Pilecka, której pamięć również kultywujemy do dziś.

Jako ośmiolatek pojawiłem się na Środkowej tuż po Marii Pileckiej, w roku 1956. To ona przyjmowała mnie do Ogniska. Znamienne, jak się to odbyło. Za namową mamy Janka Reka, kolegi z podwórka i ze szkolnej ławy, moja mama zaprowadziła w to miejsce mnie oraz moich dwóch braci. W pokoju kierownika powitała nas Ciocia Pilecka, wypytała o problemy, pogłaskała po głowach, potem spytała: a pani, ma pani pracę… Nas przyjęła bez wahania, a gdy mama potwierdziła, że dorabia gotowaniem posiłków, powiedziała: jest pani przyjęta. Niby nic wielkiego. Ale po latach wyczytałem w książce naszego kolegi, Andrzeja Pileckiego taki oto zapis dziejów: „Mama (Maria Pilecka) długo i bezowocnie szukała jakiejkolwiek stałej pracy. Wreszcie pod koniec 1950 roku poszła do „Dziadka”, Kazimierza Lisieckiego i powiedziała wprost, że jest nauczycielką, ale zarazem żoną „wroga ludu”, dlatego nigdzie nie może znaleźć pracy. Lisiecki wykazał się wtedy nie lada odwagą. Zapytał ją tylko: „Dzieci są?”. „Mam dwoje”. „Jest pani przyjęta”(…)

Tyle Andrzej. Samoistnie wpisywało się to wspomnienie w naczelną ogniskową zasadę, daj (innym) co wziąłeś (z ogniska). Wysiłek wychowawczy i opiekuńczy Marii Pileckiej dał mi nie tylko maturę (tak określała swój plan minimum). Dał mi to, co niosę teraz ze sobą przez całe dorosłe życie. W tym małym drewnianym domku na Środkowej wykuwano charaktery i przyszłe życiorysy tych, którzy trafili pod opiekuńcze skrzydła wytrawnych pedagogów. Składając wyrazy wdzięczności i pamięci wobec Dziadka, składam je również wobec Cioci, Wujków, Stryjków, Kolegów – wszystkich członków rodzinnej wspólnoty, którym tak wiele zawdzięczamy – ja, praski ulicznik ze Stalowej, moja rodzina i koledzy z praskich ulic i podwórek.

Dzisiejszy dom, to jak wspomniałem dom niespokojnej starości. Wczorajszy, to dom beztroskiego dzieciństwa.

Tadeusz Knyziak